Cuba

RysTweet – ćwierknięcie. Sposób na komunikację. Zwięzły i do rzeczy – taki powinien być ćwierk. Moja podróż po Kubie będzie opisana za pomocą „ćwierknięć”. Ogrom przeżyć opiszę za pomocą dłuższych „szpakowatych melodii”. Nie umiem pisać ładnie, zwięźle, treściwie, więc zaćwierkam o Isla Bonita. Każde ćwierknięcie to subiektywne odczucie, rozwinięcie myśli, przeżycie, wstęp do dalszych opowieści, które kiedyś nad mojito czy szklanką rumu będą przypominać mi o tamtej wyspie.

Przylot. Ląduję pod koniec lutego opóźnionym samolotem z Londynu. Zasada 12 na 12. Przylatuję w drugą 12. Permanentny brak światła. Ciemność potęguje strach i obawę, jak będzie. Jakimś cudem znajduję transport do Hawany. 30 CUC załatwia sprawę.

W rys

Hawana. Urokliwy rozgardiasz na ulicach. Wszystko jednak ma swój porządek i ład. Ludzie wydają się być uśmiechnięci. Mają ciężko, ale z ich relacji i tego, jak do siebie się odnoszą widać pozytywną energię.

W rysKubańczycy lubią alkohol – jak Polacy. Miej przy sobie butlę rumu, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał się napić. Zawsze znajdzie się rozmówca do szklaneczki.

Łady, Żyguliny, Wołgi, Maluchy po tuningu, chińskie podróbki Mercedesa i BMW, stare Dodge, Fordy i Chevrolety panują na ulicach.

W rys

Ludzie dobrzy, ludzie źli. Trzeba uważać na naciągaczy. Student prosił mnie na Maleconie o kasę na książki. Waliło od niego wódą. Nie dałem mu na książki, wypiłem z nim rum.
Po pierwszym dniu w Hawanie wiem, jak czuje się czarny na ulicach Warszawy. Prawie każdy biały zwraca na siebie uwagę. To nie jest miłe uczucie.
Permanentne kszy kszy za uchem świadczy o zainteresowaniu płci pięknej – nie tylko dziwek -twoimi pieniędzmi. Ludzi, którzy po prostu chcą porozmawiać i dowiedzieć się, co w wielkim świecie.
Tu panuje cielesność i dzielenie się energią lędźwi. Ekspresja ciał.
Tu każdy chce sprzedać wszystko wszystkim; trzeba mieć tylko znajomości, a można dostać wszystko.

W rys

Muzyka – pełno jej. Nie tylko w hałasie ulicy, klaksonach taksówek, ale i rozmowach ludzi. Hiszpański to śpiewny język.

 

Ludzie spotykają się, aby pograć, pośpiewać i cieszyć się dniem – nie załamują się tak łatwo. Dobrze, że jest rum 🙂

W rys

Hawana to nie tylko La Habana Vieja – gdzie po paru godzinach spaceru spoceni turyści wracają do klimatyzowanych busów. To miasto jak meduza, której macki budynków wypuszczają się w głąb wyspy.

W rys

Spacer pozwala odkryć – wille pułkowników (chciałbym taką), slumsy (gdzie niejaka Teresina sprzedawała sok, który pobudzał siły witalne lepiej niż podwójny Red Bull), blokowiska wśród palm, małe zakładziki pracy, ciemne klatki schodowe, gdzie w noc z półzamkniętych podwórek sączy się salsa.

W_rys9

Czuję się bezpiecznie w Hawanie. Dlaczego? Jak nie dasz się legalnie oszukać (płacąc w CUC, a otrzymując resztę w Peso Cubano, czy kupując bananowe liście sprzedawane jako cygara Cochiba), to ciężko o kłopoty.

Tu pełno policji. Tu pełno tajniaków. Ale to nie NRD – tu nie ma takiej schizofrenii ludzkich zachowań.
Spotkałem Teresitę, Lolę, Davida, Enrique, Bla, Jalin i mnóstwo innych osób.
Dowiedziałem się od Enrique, że terror jest coraz większy – „Łukasz – władza się boi. Władza nie wie, co będzie. Oni czują zagrożenie.”
Kubańczycy nienawidzą USA. Chcą Europy. Kochają Fidela i Che. Wiedzą, ile im zawdzięczają, ale chcą iść do przodu. Widzą nas – turystów i ciągnie ich do tego, by nadążyć za światem.

W rys

Wizyta u fryzjera – czarni fryzjerzy mają polot i za 3 CUC wyglądamy pięknie z brylantyną na włosach.
W rysW rys

Warto dać naprawić swoją zapalniczkę (tam są punkty naprawy zapalniczek – wow), wypastować sobie buty, kupić marną koszulkę, zjeść pizzę, co nie przypomina pizzy czy podróbkę mortadeli. Stanąć w kolejce z miejscowymi ludźmi, aby porozmawiać i dowiedzieć się więcej niż zwykły turysta zza okien autobusu czy mediów, które często nie mają pojęcia, o czym piszą.

W rysW rys

Sztuka, kultura, muzyka – warto mieć kontakt do kogoś, kto zaprowadzi, zgubi się z Tobą, ale pokaże Hawanę niedostępną przeciętnemu turyście. Tu jest mnóstwo teatrów, imprez, muzycznych wariacji, które trzeba odkryć. Ci ludzie mają dusze pełne muzyki.

W rysW rys

Widziałem łzy na widok Kit Katów – małe rzeczy robią różnicę i potrafią sprawiać radość.

W rys

Kino kubańskie – kasjerki z wąsami prowadzące z latarkami na miejsca. Brak klimatyzacji, coli i popcornu. Film – pokazuje, jak wyobraźnia potrafi sobie poradzić z brakiem techniki. Czuję to – to tak jak u nas za komuny. To była sztuka wyrazu, przekazu, a nie tricków 🙂
Odkryłem prawdę podróżnika – „jak nic nie rozumiesz, to się uśmiechaj – uśmiech każdy zrozumie i rozładuje napięcie w komunikacji”.
W Hawanie jest China Town – pewnie dlatego niektórzy negros mają skośne oczy 🙂 Mają też ruiny Nowego Jorku – hotel.

W rys

To kreatywny naród. W pobliżu Castillo de los Tres Reyes del Morro spotkałem konstruktora śmigłowców. Może to da Vinci naszych czasów, który nie dostał swojej szansy.

W rys

Plac Rewolucji. Gdzieś już to widziałem – wiem, pocztówki – na żywo to takie ogromne.

W rys

Fragment rozmowy z Enrique i ludźmi teatru Narodowego. „Powiedzcie, jaka będzie ta Kuba – nie wiem. Ale na pewno nie podzielimy się społecznie jak Brazylia. Znamy swoją siłę, wartość – chcemy być równo traktowani. My jesteśmy nacjonalistami, ale w pozytywnym słowa tego znaczeniu. Chcemy być jak bracia”
A i Olbrychski to gigant. Znają go wszyscy artyści.
Hawana nocą – mroczna – z wyspami światła i muzyki, do których jak ćmy garną się ludzie. Malecón pełny, gdy ciepło; pusty, gdy wietrznie z festiwalem fal w tle.

W rys

Rum, mięta, cukier, limonka – królestwo temu, kto na to wpadł

Poza Hawaną.

Ci ludzie tacy inni niż wielkomiejscy. Bardziej żyjący dniem codziennym. Z sercem na dłoniach. Bardziej pomocni, otwarci, życzliwi.
Pinar del Río

W rys

Dzień en el campo. Tu czas się zatrzymał. Ludzie żyją jak w XIX wieku. Świnie chodzą po domu, kury śpią na drzewach, ptaki wyjadają ziarno w kuchni. Wszędzie czysto i schludnie.

W rys

Czterech braci i siostra przyjęli mnie pod swój dach – Yeyo, Tito, Nene, Maximo i Chicha (ugotowała najlepszy ryż, fasolę, kurczaka, którego pomogłem ubić i usmażyła banany – nic nie pobije tego smaku).

W rys

Całe życie uprawiają rolę, mają ponad 70 lat, a nadal ciężko pracują. Jak nie Bóg im pomaga, to kto? Duchy? Może i duchy, przecież cygara przy obrazie Santa Madre są dla nich.

W rys

Widziałem anyż, papaję, ananasa (rosną na ziemi!!!), grejpfruty. Zwierzęta chodzą samopas.

W rys

„YEYO, a czemu nie macie ogrodzenia? A po co nam Luca? Tu po horyzont nic nie ma, więc gdzie pójdą cholery, jak im jeść dajemy. Tam dalej tylko pomiędzy liśćmi palm wiatr hula”

Orka wołami – widziałem to na żywo – zjawiskowe.

W rys

Viñales

Góry, góry. Tu są góry – trochę niskie. Mikro góry i doliny. Dziwne uczucie – czuję się jak w tropikalnej dolinie.

W rys

Samotna wędrówka po dolinie pozwala odkryć i zgubić się w plątaninie pól. Znajduję rolniczą szopę, gdzie turystom sprzedaje się ręcznie robione cygara, kokosy (tylko po co je kupować, jak pełno świeżutkich wala się pod palmami w okolicy). Poznałem Leonardo – rolnika – przyszłego kapitalistę. Zyskałem u niego szacunek dzięki temu, że się targowałem. Świetny sprzedawca. Szkoda, że nie ma możliwości, jakie daje nam nasz system, ale i w socjalizmie sobie dobrze radzi – badylarz. Wieczorem wypiłem z nim rum i piwko. Leonardo po taniości załatwił mi wycieczkę konną z Michaelem.

W rysW rys

Alkohol zbliża ludzi – Ameryki nie odkryłem. Brak znajomości języka da się nadrobić mową ciała

Kubańczycy są bardzo otwarci. Garną się do ludzi i świata. Leonardo zapoznał mnie z „Panterą Cubaną” :). Pantera próbowała mnie okraść.
Dzień w siodle. Zza końskich uszu część tych samych ścieżek wygląda inaczej. Konie – nie większe od naszych kucy – jak one chodzą pod tymi turystami? Jak one mogą się wspinać pod górę?

W rys

Złapała nas burza – trafiliśmy do pustej chaty w dolinie. Rodzina – babcia, matka i córka przyglądają mi się dziwnie. W domy bieda, ale częstują, czym mogą. Piłem najlepszą w życiu kawę „Kawa musi być gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość” – taką kawę piłem jedyny raz w życiu. Piłem też wino z bananów. Żółte, słodkie i gęste.

W rys

Ludzie, którzy nas przyjęli, częstowali tym, co mieli. Dziecko ma dwie sukienki, lalkę bez włosów, bose, gania kury po kałużach. Grzechotka to butelka wypełniona kawą

W rys

Casa de la Música. Miejsce spotkań, miejsce tańca i muzyki. Na wyspie króluje reggaeton, salsa, bachata oraz wiele innych odmian latynoskiej gorączki. Kubańczycy stworzeni są do tańca i wyglądają w nim pięknie. Widziałem białych próbujących tańczyć jak czarni – to był śmieszny widok. Kubańczyk czy Kubanka kręcący tyłkiem, to jest piękny widok. Nawet umiejący tańczyć biali są jak sztywne pacynki. Cóż, taka natura. O kobietach nie piszę. Bo one są nie do opisania. Od samego patrzenia na nie – ech ……………………. (choć niektóre mają wąsy i nogi golą tylko do połowy ud, to i tak są piękne).
Trinidad. La Boca
Spanie. Podczas mego pobytu ani razu nie spałem w hotelu czy legalnej Casa Particular. Zawsze trafiałem pod życzliwe dachy. To okazja poznać ludzi prawdziwych, życzliwych, normalnych. To okazja poznania duszy wyspy – takiej, jaka jest w tym momencie. Poznajesz ją z rozmów, obserwacji.  Foldery turystyczne sprzedają ułudę. Tu trzeba się zgubić, zostać na dłużej, wyjść do ludzi, wszystkiego dowiedzieć się samemu, aby wyrobić sobie zdanie.

W rys

Trinidad. Miasto kabli. Pięknie tu szczególnie, gdy zachód słońca roświetla wąskie uliczki. W mojej casie nie mam oficjalnie prądu. Lester – właściciel skonstruował mały transformator i pożycza prąd z ulicy.

W rys

Większość budynków posiada maksymalnie jedno piętro. Po dachach można dojść na drugi koniec miasta.

W rys

Na Kubie jest mało psów. Za to wszyscy mają ptaszki. Z rana każdy bierze klatkę w dłoń i na godzinny spacerek rusza. Zjawiskowe.

W rys

Tu każdy próbuje sobie radzić. Skąd ci ludze mają pieniądze?? Kradną w fabrykach, sprzedają turystom badziewie. Kombinują i są w tym bardzo kreatywni.

W rys

La boca. Pierwszy raz w życiu nurkowałem. I to od razu w oceanie. Porzygałem się w wodzie – miało to i dobre strony. Na darmową ucztę przypłynęło sporo kolorowych rybek. Czy ja lubię ocean? Słono, ale pięknie.

W rys

Poznałem miejscowego „przedsiębiorcę”. Tom mu na imię. „Pożyczył” sobie trochę plaży, wysypał koralami, zrobił zejście do morza. Wypożycza rurki i płetwy za 5 CUC.  Podrywa turystki. Zresztą one same dają się podrywać. Upodobał sobie Niemki i chciałby kiedyś tam zamieszkać – „bo tam dla mnie byłby raj, compañero”.

W rys

Miałem zostać w Trynidadzie dwa dni – zostałem pięć. Tom okazał się świetnym gościem, z którym godzinami rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Poznałem jego kumpli z budki z piwem. Jedno postawione piwko zrobiło z nas przyjaciół na cały pobyt.

W rys

Piłem rum z kanistra – najlepszy. Havana Club 7-letnia się chowa. A może to atmosfera pamiętnego wieczoru na plaży z miejscowymi, kiedy to obserwowaliśmy połowy sardynek sprawiła, że tak smakował?

Widziałem kałamarnicę. Obryzgała mnie atramentem. Wyłowiłem muszlę z oceanu. Cieszyłem się jak dzieciak.

W_rys42
W rys

Handel wymienny jest na porządku dziennym. Wymieniłem kawałek kabla z napisem Cuba na nożyk do golenia. Stary dziadek powiedział, że teraz to z trzy miesiące będzie się golił. Jak będę bogaty, to będę się golił jednorazówką zawsze jeden raz. Na Kubie wszystko służy o wiele dłużej. Samochody – powinny dawno się rozpaść, a jednak. W większości napotkanych samochodów, liczniki w autach zaczynały życie po dwa, a nawet trzy razy.
Tak, byłem w raju. Na plaży jak w reklamie Bounty. Cisza, spokój. Palma kokosowa, szum fal i kraby szczypiące za palec. Pięknie, kurwa, pięknie.

W rys

Kończyły mi się pieniądze. Sprzedałem starą mp3, baterie, dziurawe spodnie, bandaż i 10 Cholinexów. Cóż, kasa jest kasą i miałem na wizę wyjazdową oraz na butelkę rumu przed wyjazdem. Choć muszę przyznać, że powinienem wziąć mniej pieniędzy. Ale wiadomo kasa kasa kasa.
Tanie jedzenie. Parówki, bułeczki z rybą, z jajkiem, mortadelą, pizza. Wszystko na ciepło, serwowane poza wszelkimi zasadami higieny. Ale pyszne. I piwo – Bucanero – Bukanier. To moja standardowa dieta na Kubie

W rys

Varadero

Śmierdzi asfaltem. Miasto jak każde inne w Europie. Przeciętny Kubańczyk nie ma tam wstępu – chyba, że ma szczęście mieszkać lub pracować na półwyspie. To taki Polski Sopot – jeden wielki monciak z pięknymi plażami. To nie jest prawdziwa KUBA.

Po podróży na wyspę jestem innym człowiekiem. Bardziej doceniam to, co posiadam; więcej się uśmiecham. Pod wieloma względami to dzięki ludziom, których spotkałem na mej drodze. Oni mają w sobie tyle energii i siły, choć nie jest im łatwo. Ale radzą sobie. Warto teraz pojechać na Kubę i zobaczyć ją, zanim wszystko się zmieni.

I na koniec banalne, ale prawdziwie – warto mieć cel, warto marzyć, warto wierzyć – marzenia się spełniają i są inspiracją dla kolejnych wypraw.

W rys

Autor: Łukasz Firs

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *