Moja Amerykańska Przygoda

Paweł Hammer

AmerykaO wyjeździe do Ameryki marzyłem od dawna. Musiały minąć jednak trzy długie lata, aby moje marzenie doczekało się realizacji. Swoją wędrówkę po Ameryce rozpocząłem w Buenos Aires. To taki Paryż Ameryki i nie ma w tym przesady. Miasto ma wiele pięknych budowli, klimaciarskich kawiarni i barów. Wspaniałe księgarnie i czytelnie. Każdego dnia na głównych ulicach lub wokół Plaza de Republica (Plaza Once) odbywają się manifestacje. Trzeciego dnia mojego pobytu w Dzień Niepodległości Argentyny w mieście spadł śnieg. Pierwszy raz po osiemdziesięciu latach. Fakt ten wzbudził nie małą sensację. W czasie mojej wizyty byłem gościem organizacji polonijnej „Ognisko Polskie”. Poznałem tam wielu ciekawych ludzi. Między innymi: wdowę po Księciu Radziwille oraz Marię Świeczeską, która przez wiele lat przyjaźniła się z Witoldem Gombrowiczem. Odwiedziłem słynną dzielnicę La Boca ze swoim Caminito oraz dom Carlosa Gardela.

Z Buenos Aires statkiem popłynąłem do pięknego, kolonialnego miasteczka Colonia de Sacramento w Urugwaju. Stamtąd udałem się do Montevideo. Poznany w miejscowym barze Carlos – sześćdziesięcioletni Urugwajczyk, oprowadził mnie po mieście opowiadając nie tylko o zabytkach, ale również o historii, tak miasta jak i całego kraju. Z Montevideo pojechałem do Punta del Este. Jest to miejscowość uważana za najlepszy kurort Ameryki Południowej.

Z Urugwaju udałem się do Brazylii. Chciałem zobaczyć przynajmniej część tego wielkiego państwa. Okazało się, że ten kraj-kontynent pochłonął mnie na dwa długie miesiące. Rozpocząłem od Porto Alegre. Kierując się na północ wzdłuż linii brzegowej dalej przez Florianopolis. Miasto czterdziestu plaży. Aby w końcu dotrzeć do miejsca uchodzącego za jedno z najpiękniejszych i najniebezpieczniejszych na ziemi – Rio de Janeiro. Byłem w największej w Ameryce Łacińskiej dzielnicy nędzy – faveli Rocinha. Stałem u stóp posągu Chrystusa na Corcovado.
Paweł HammerNa Copacabanie tańczyłem sambę i kąpałem się w Atlantyku. Na wielkim stadionie Maracana kibicowałem miejscowej drużynie Fluminense. Dalej przez niewielkie nadmorskie miejscowości dotarłem do San Salwadoru w stanie Bahia. To tutaj bije wielkie serce kultury afro-brazylijskiej i pompuje w żyły całego wielkiego organizmu masy energii, radości i ciepła. W Salwadorze uczestniczyłem w obrzędzie condomble. Kierowany ręką dobrych duchów, które zawsze towarzyszą mi w podróży, z Salwadoru wyruszyłem do dzikiego świata Amazonii. W Belém spędziłem kilka dni czekając na statek w kierunku Manaus. Belém to przede wszystkim wielki port łączący Amazonkę z Oceanem Atlantyckim. Miejscem wartym odwiedzenia jest tam bazar VER-o-PESO. Jeden z najbardziej kolorowych targów Ameryki Łacińskiej. Znajduje się tam również jeden z największych teatrów w Brazylii – Teatr La Paz. Całe miasto jest skąpane w promieniach piekącego słońca. Wytchnienie można znaleźć w cieniu drzew mango. Z Belem łódką wyruszyłem w rzeczną podróż po Amazonce. Z przesiadką w Santarem, po trzech dniach, dopłynąłem do miejscowości Oriximina. Tam czekała na mnie zaprzyjaźniona rodzina da Silva, aby zabrać mnie na swoją fazendę. Pobyt tam, w sąsiedztwie tropikalnej dżungli, był dla mnie wspaniałą przygodą. Miałem okazję przyglądnąć się prawdziwemu życiu mieszkańców nadbrzeży amazońskich rzek. Pomagałem w pracach przy bydle, łowiłem piranie na obiad, obserwowałem rzeczne delfiny, które często pokazywały się w rzece przed domem. Ze smutkiem opuszczałem gościnną fazendę. Z Oriximina statkiem dotarłem do Manaus. To największy port na Amazonce. Miasto położone w samym sercu wielkiego lasu. Fakt istnienia tak dużej aglomeracji w tym rejonie świata jest dowodem wielkiej determinacji człowieka.
AmerykaNiedaleko od Manaus, nad Rio Negro, znajduje się największy na świecie archipelag wysp śródlądowych – Anavilhanas. Archipelag składa się z 420 wysepek, które porasta tropikalny las. Wysokie palmy i ogromne liściaste drzewa odbijają się w lustrze wody tworząc niezapomniane obrazy. W Anavilhanas miałem okazję spędzić trochę czasu w tropikalnym lesie. Tam zdałem sobie sprawę z ogromu amazońskiej przyrody i z jej różnorodności.

Samolotem z Manaus dostałem się pod samą granice z Boliwią. Rio Branco. Po przekroczeniu granicy brazylijsko-boliwijskiej w Amazonii samolotem nad szczytami Andów udałem się wprost do La Paz. To najwyżej położona stolica świata. Tam przed moimi oczyma rozpostarł się zupełnie inny świat. Świat folkloru oraz Indian. Małym busikiem z La Paz pojechałem do Copacabana nad Jeziorem Titicaca. Korzystając z okazji odwiedziłem Wyspę Słońca.
Kolejnym etapem podróży było Cuzco. Z Cuzco, w towarzystwie dwóch podróżników (Brazylijczyka i Słoweńca), udałem się do Zaginionego Miasta. Pod masyw Machu Picchu dotarliśmy pieszo nocą trasą Inca Train. Również nocą próbowaliśmy zdobyć Zaginione Miasto. Nie wszystkim się udało. Była to jedna z najciekawszych przygód w czasie tej wyprawy. W Peru odwiedziłem również miejscowość Nasca. Słynną na cały świat ze swoich Nasca Lines. Stamtąd autokarem przez Ica (częściowo zburzoną po trzęsieniu ziemi) do stolicy kraju – Limy. Tam też zakończyła się moja wielka przygoda z Ameryką. Łącznie przemierzyłem ok. 12 tyś km podróżując przez Argentynę, Urugwaj, Brazylię, Boliwię i Peru.

Kosztorys:

Noclegi w tanich hotelach. Ceny za noc wahały się w zależności od kraju: od 15 do 70zł w Brazylii, około 10 zł w Boliwii i średnio 15zł w Peru. Dzięki portalowi www.hospitalityclub.org poznałem fantastycznych ludzi, którzy również udzielali mi gościny. Czasem udało mi się kogoś poznać po drodze.
W sumie cała podróż kosztowała mnie ok. 13 tyś. zł. Bilet lotniczy – 5050zł i ok. 8 tyś. zł wydałem w czasie podróży. Czas pobytu 5.07.2007-10.10.2007.

pawel.hammer@puente.org.pl

Deja un comentario

Tu dirección de correo electrónico no será publicada. Los campos obligatorios están marcados con *

Este sitio usa Akismet para reducir el spam. Aprende cómo se procesan los datos de tus comentarios.